Piłuję. Przycinam. Przybijam. Wiercę. I już mi się zupełnie nie chce. Zwłaszcza, że widoki marne, święta się zbliżają, a ja ciągle jestem w dupie. Życie. Mieszkanie pełne jest paczek z meblami, w małym pokoju stoją nierozpakowane drzwi i czekają na lepsze czasy. W dużym pokoju syf, aż oczy bolą i świeże rysy na panelach.
W pracy ukrop. Wylazłem po 1,5 miesiąca z błonicy i tężca, zaliczając po drodze zatory tętnicy środkowej siatkówki, ostre zespoły wieńcowe i odpowiedzialność członków zarządu. Nie było lekko, zwłaszcza kiedy jaśnie panujący nam Trados odmówił oczyszczenia pliku, wyświetlając tajemniczy komunikat o błędzie Error while writing breaks i posiłkując się klasycznym abnormal program termination (tutaj przynajmniej wykazał się godną pochwały samokrytyką). Ale się udało. I klient będzie musiał zapłacić.
Za oknem na zmianę sypie śnieg i topnieje (też śnieg). Mam dziurę w bucie i cała sprawa bawi mnie średnio. Na szczęście wiosna podobno ma przyjść już niedługo. Trzymam za słowo.
Z przyjemniejszych rzeczy, odkryłem (za sprawą pewnych Kanadyjczyków) program The Kids in the Hall. W dużym skrócie, to taki kanadyjski Monty Python. Kupa absurdu, dzikich pomysłów i pięciu facetów, dla których nie ma żadnych ograniczeń. Miodzio.
Piosenka na dziś: Dead Man Walking
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz