piątek, 14 sierpnia 2009

Jak koń

...po wiadomo-czym.

To było 7 bardzo intensywnych dni. Jak ja to w ogóle przeżyłem?

Najpierw: parapetówka u Martki i Dominika.
Co tu dużo gadać? Towarzystwo przednie, to i zabawa świetna. Poznaliśmy się jeszcze lepiej (nawet niektórzy wyjawili, kim są z zawodu), pomęczyliśmy Kubka za decyzję o opuszczeniu nas na rzecz wioski, której nazwy nikt nie mógł zapamiętać, najedliśmy się (i napili - towarzysz Kasztan nawet przyniósł prawdziwy rarytas dla smakoszy) do syta. I tylko do szafy nikt nie narzygał. Trudno. Może następnym razem...

Potem: Kraków.



Po imprezie czasu na sen wiele nie było, ale jakoś udało się wstać i pobiec na pociąg. W Krakowie pogoda jak w Madrycie (i podobne ceny), stada turystów i gołębi, a do tego wyborne towarzystwo. Po szybkiej mrożonej i spacerze wzdłuż Wisły był jeszcze krótki tour z moją best konkabiną ever zakończony porcją pysznego kofta (jednak!) curry. Piękny dzień, który z konieczności skończył się trochę za szybko.

I na deser: Londyn.



Tu będzie w punktach. Choć wspomniane punkty specjalnie uporządkowane nie są. Takie moje impresje na temat.
1) Metro rządzi. Jeśli zgubicie się gdzieś w Londynie, idźcie przed siebie, a w końcu traficie na jakąś stację. A tam już wszystko będzie proste. Nawet w środku nocy. Zresztą metro jest najlepszą opcją, jeśli chcecie dużo zwiedzić w krótkim czasie. Wystarczy kupić bilet dzienny za jedyne 6,30 i już można rozbijać się od Tower po Royal Albert Hall.
2) Londyn to miasto sporych możliwości. Dla przykładu, odkryłem tam, że po jednej stronie przejścia dla pieszych może świecić się zielone światło, a po drugiej - czerwone.
3) Niedługo językiem urzędowym będzie polski. To już nieuniknione. Powoli przejmujemy kontrolę. W supermarkecie Asda spokojnie można kupić kubusia czy łaciate. I tylko jakoś Wembley nie potrafimy zdobyć...
4) Zdarzają się jeszcze prawdziwe romanse jak z filmów. W drodze powrotnej, na siedzeniach obok poznali się: ona (wdowa, lat 36, dwójka dzieci) i on (rozwodnik, lat 34, również). Po 5 minutach wiedzieli osobie prawie wszystko (np. że ona mieszka w Bedforszajer), po 10 wymienili się wszelkimi możliwymi kontaktami (w tym loginami skejpu), a po 20 udało im się już "pójść" razem na piwo. Czy muszę dodawać, że lotnisko opuszczali ręka w rękę?
5) Po British Museum można chodzić tygodniami. A wniosek jest taki: ci Angole w swoim czasie nieźle nakradli, od Egiptu po Honduras.
6) Jeśli podczas spaceru wzdłuż South Bank się zmęczycie, wstąpcie do Tate Modern. Mają zarąbiście wygodne kanapy.
7) Soho nigdy nie śpi. A Brytole lubią pić na świeżym powietrzu, nawet jeśli w pobliżu nie ma żadnego ogródka piwnego.
8) Nawigacja za 200 zeta daje radę nawet po drugiej stronie kanału. Chociaż przy pierwszym podejściu nieco zgłupiała i stwierdziła, że z Victoria Station do Russell Square jest 1590km. Trochę długo, jak na pieszą wycieczkę.
9) Da się upchać 9 osób w jednym małym pokoju bez klimatyzacji. Ale spać w takim pokoju już nie.
10) Nawet członkom straży zdarza się ziewnąć.



11) Harrods jest rzeczywiście horrid. I mają pióra po 500 pałndów. Kupiłbym ze dwa, ale cholercia nie miałem przy sobie drobnych.

No, a w międzyczasie udało mi się jeszcze trochę popracować. Ale tutaj to już nothing to write home about...

Piosenka na dziś (surprise, surprise): London Calling.

3 komentarze:

Brittabella pisze...

Londyn w sierpniu, też to kiedyś przeżyłam, jak dla mnie doświadczenie zbyt ekstremalne.Ale i tak zazdraszczam :)

marcinuz pisze...

Tak, lekko ekstremalne. Zwłaszcza, jak ma się 2 dni i chce zobaczyć wszystko :D

Maciek pisze...

Ten pan ze zdjęcia to wygląda jak ja po pracy. Tylko ja koszulkę mam inną.

Aha, chodzi mi o tego pana w czerwonym, nie w niebieskim.