czwartek, 27 sierpnia 2009

Thriller

Nie chodzi tu bynajmniej o piosenkę Michała J. Chodzi o moje, trwające już drugi miesiąc, potyczki z bankiem (na I).
Zaczęło się niewinnie - panna w banku tak wszystko optymistycznie wyliczyła, że stać by mnie było na willę na wyspie Wolin i jeszcze miałbym drobne na posiadłość na Helu. Później okazało się, że wspomniana panna już w tym banku nie pracuje. Panna numer cwaj kredyt obniżyła, ale jeszcze dzięki niej mógłbym mieć mnóstwo metrów (i to nawet kwadratowych!). Trzecia (pod nieobecność drugiej) wysłała moje pełne dane do smutnych panów w centrali, którzy wzmiankowane dane mielili tydzień i wyszło im, że metrów 36 i to na styk. Super, myślę, bo akurat tyle chciałem, i złożyłem wniosek. Po dwóch tygodniach bank zapragnął zdjęć mojego przyszłego mieszkania, więc odesłałem go do właściciela. Dwa tygodnie ciszy. Wreszcie nie wytrzymałem i się do banku pofatygowałem, żeby przesłuchać kogo trzeba. No i dowiedziałem się, że właściwie decyzja pozytywna jest już od prawie dwóch tygodni, ale mieli problem ze zdjęciami (właściciel wziął i pojechał na wczasy) i czekali, nie zadając sobie trudu podniesienia słuchawki i zawiadomienia mnie o tym. Kolejne półtora tygodnia i w końcu happy end. Umowa podpisana.
We wtorek nasiadówka u notariusza i przekazanie kluczy. Będę właścicielem!

A tak w ogóle, to są wakacje. To znaczy, niektórzy mają wakacje. Ja niestety na te wszystkie luksusy muszę zarabiać. A że wśród zawodów wyuczonych mam też zawód tłumacza, tłumaczę. I czasem próbuję sobie wytłumaczyć, jak to jest, że pewnym ludziom wysłanie maila z działającą wersją pliku do tłumaczenia zajmuje 5h (skutkiem czego nad tłumaczeniem ślęczę do 4:30 rano) i jak to jest, że zleceniodawca pyta tłumacza, dlaczego dział DTP jego (zleceniodawcy) firmy nie naniósł wszystkich przesłanych poprawek i czy by ten tłumacz nie mógł sprawdzić, które poprawki w 380-stronowym dokumencie zostały naniesione... Ale takie rzeczy tłumaczy tylko jedno. I nie jest to wybitna inteligencja...

Odbył się kolejny bandowy zlot. Tym razem u Ani. Było, jak zwykle, megasuperekstra. Chociaż bez kanapek. Robiliśmy z siebie idiotów, odgrywając roboty i naukowców. Mruczeliśmy jak pozbawione słuchu marcowe koty, usiłując zgadnąć, jaka to melodia. I graliśmy w domino, upychając w nieszczęsnych przegrywających resztki pizzy (mi dostały się dwa kawałki). Rzyganie zostawiliśmy na raz następny. Tylko czy znajdzie się kto odważny i nas do siebie wpuści?

Korzystając z wakacji pogrywamy też bardziej intensywnie w GoTa. Wciągnęliśmy nawet ostatnio kolejnego GoTowca, którym jest Łukasz (czyli Martkowy brat). I robimy się nie najgorsi. Rozgrywka zwykle ciągnie się do dziesiątej rundy i do ostatniego ruchu trwa zażarta walka o każdy zamek. Dzisiaj prawdopodobnie następna potyczka. Życzcie mi szczęścia w losowaniu. Daaawno nie grałem Starkami...

Piosenka na dziś: Wishlist

2 komentarze:

Maciek pisze...

Wywróżyłem Ci z fusów i wyszło, że zagrasz Tyrellami.

marcinuz pisze...

To po Pilsnerze fusy w butelce zostają???