Po sennym, rodzinnym początku, w piątkowy wieczór przyszła pora na świętowanie dziesiątej rocznicy osiemnastych urodzin Kasztana. Grom i zabawom (i piciu piwa) nie było końca. Solenizant najpierw przeszedł przez przygotowany przez Olę, Nataszę i Martkę tor przeszkód, za co dostał oficjalne Świadectwo Niedojrzałości i zapas soczków Tarczyn. A potem to już gra w Bandomanię i konsumpcja w dobrym towarzystwie.
Sobota znowu sennie (chociaż kilkoma ekscytującymi momentami). Jakoś trzeba się było po imprezie pozbierać.
A w niedzielę udało mi się ruszyć dupę i pojeździć po wertepach Jury Krakowsko-Częstochowskiej.
Jeździliśmy po słynnych polskich drogach.
Byliśmy, gdzie strumyk płynie z wolna.
Bezbłędne oznaczenia kierowały nas wprost do celu.
Aż w końcu do niego dotarliśmy. W sumie - 30km na liczniku, przysmażona tu i ówdzie skóra, i odciski na dupie. Było warto!
Ogólnie, zajebiście, zwłaszcza, że lato się wreszcie pokazało. Tylko kiedy następny taki długi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz