sobota, 8 listopada 2008

Wonders never cease

Ponieważ kiedyś nieopatrznie wpisałem swój e-mail na jakimś formularzu podczas jakiejś konferencji, dostaję co jakiś czas wiadomości z naszego ulubionego wydawnictwa. Zobaczcie, co dostałem ostatnio:

Urocze. A jak Wy komplementujecie naukę swoich kursantów?

Odbyła się kolejna runda GoTa. Tym razem zawodnicy wykorzystywali też specjalne rozkazy jednorazowe, na czym najbardziej skorzystał zdradziecki ród Lannisterów (o tym, jak bardzo zdradziecki to ród na własnej skórze przekonała się lady Baratheon, która ze zdziwieniem w ostatniej rundzie stwierdziła obecność w swoich plecach pokaźnej wielkości noża). W otwarte karty natomiast grali Starkowie i Greyjoyowie, walcząc do upadłego (chociaż lord Stark zasmakował w posiadłościach Baratheonów i przeniósł stolicę na Dragonstone). Na południu zaś lady Tyrell próbowała przykrócić zapędy Lannisterów, czego nie ułatwiał ich sojusz z Baratheonami. Było ciekawie i to aż do 10 rundy! Tabelka:
1) Kasztanu
2) Martka
3) Misia
4) Marcinuz
5) Kubek.

Wczoraj mózgi dokształcających się tłumaczy (do których, mimo nikłego doświadczenia, lubię się zaliczać) lasował pewien neurochirurg. Wprawnie lasował, wprawnie, nawet momentami po angielsku (jego powerpointowa prezentacja była w całości po angielsku). Moje cerebrum zlasował, mówiąc o regeneracji komórek nerwowych, że niby tak, ale raczej nie. Albo na odwrót. Nie pamiętam. Już przy istocie szarej moje funkcje poznawcze się chwiały; ostateczne załamanie przyszło przy przewodnictwie elektrycznym komórek z tymi wszystkimi kationami, anionami, neuroprzekaźnikami, dendrytami, które zasadniczo w kierunku ciała komórki, ale niekoniecznie (że niby lubią się okazjonalnie kopać z innymi; tutaj wyobraziłem sobie te dendryty w glanach na wysoki połysk dające sobie nawzajem z czuba) i aksonami, które zasadniczo na zewnątrz, ale do tyłu czasem też. Ziuuuuuuuu! Odpadłem.

Na krajowym podwórku za to zbliża się wielka gala u naszego miłościwie nam panującego. Jako że gala jest jego, on decyduje, kto dostanie zaproszenie. I tak: zaproszenie trafiło do Kwaśniewskiego, a do Wałęsy już nie. Spoko. Ja na swoją imprezę też zaprosiłbym samych kumpli. Ciekawe jest jednak uzasadnienie. Otóż Wałęsy nie zaproszono, według szefa kancelarii prezydenta, ponieważ "nie było go na liście". Hm. Mamy już dość bogatą tradycję związaną z listami, żeby wymienić listę Macierewicza czy Wildsteina. Teraz pojawiła się kolejna: lista Kaczyńskiego. Pięknie. A mówią, że pan prezydent niewiele wnosi do naszej polityki.

W polityce nieco bardziej światowej pojawił się nowy gracz: na imię mu Barack. Jako urodzony sceptyk z radości nie podskakuję (chociaż się cieszę, że ominęła nas dżuma w postaci dziadka Johna). Żaden amerykański prezio dobrze nam nie zrobi; dobrze musimy sobie robić sami, niekoniecznie poprzez oddawanie ziemi pod różnego rodzaju tarcze. Jedyna nadzieja, że uporządkuje trochę swoje podwórko po ośmiu latach republikańskiego śmiecenia. Ech, to były czasy, kiedy jedynym problemem za Wielką Kałużą było to, co Duży Bill robił po godzinach ze stażystką o swojsko brzmiącym nazwisku...

2 komentarze:

Brittabella pisze...

Ja komplementuję tymi małymi cukierkami z sekretariatu, bo na gramatykę dla każdego nie wpadłam, ale przemyślę!

Co do nowego prezydenta za wodą - wiesz, jest czarny i imię jego czterdzieści i cztery...Koniec świata, pani Popiołkowa!

marcinuz pisze...

No, jeszcze czekamy na czarnego papieża i pakujemy manatki ;D