
Chociaż może powinienem napisać Mr Young. Neil Young, jeśli już chodzi o precyzję.
Co z nim? Już wyjaśniam: dawno, dawno temu (pod koniec ubiegłego wieku) pan Młody (choć już niestety niemłody) nagrał płytę z moim ulubionym zespołem. Panowie weszli do studia i w parę dni wysmażyli taki album, że buty spadają.
Niby nic, trzy gitary, bas, perka, pianino, organy. Żadnych fajerwerków (chociaż podejrzewam, że solówki Neila i Mike'a niejednego adepta sztuki gitarowej przyprawiłyby o ból głowy i odciski na opuszkach), melodyjne piosenki z dużą ilością postgrandżowego brudu. Jakaś melancholia przezierająca przez teksty i wokal Younga, jakaś tęsknota za czasami kwiatów we włosach i trawy w fajkach. Muzyka, która równie dobrze mogłaby powstać nie 15, a 30 lat temu i której słuchałoby się równie dobrze. Bardzo niemodne granie, ale jakie stylowe…
Najzabawniejsza historia związana z tą płytą wiąże się z podejściem szefów wytwórni płytowej, dla której wówczas nagrywał Pearl Jam. Otóż, wzmiankowani uparli się i nie pozwolili, by ich podopieczni oficjalnie wydali coś z Youngiem, co skończyło się tym, że na okładce jest tylko nazwisko Neila, a Vedder, Irons, McCready, Ament i Gossard (wspomagani przez Brendana O'Briena) widnieją we wkładce jako niezależni muzycy przez przypadek grywający też w jednym, mało znanym zespole.
A, tytuł płyty to Mirror Ball. I właśnie dzisiaj przytargał mi ją listonosz.
Piosenka na dziś: Peace and Love
2 komentarze:
Jak tłumaczysz nazwisko wykonawcy, to tytuł płyty też byś mógł.
A wiadomo, że Mirror Ball to Lustrzane Jajco.
Tu mnie masz. Słownik mi się akurat zawiesił i nie miałem jak przetłumaczyć...
Prześlij komentarz