Tychy uchodzą za miasto bardzo przyjazne rowerzystom. I (w porównaniu z takimi Katowicami) całkiem słusznie. Ale kiedy przyjrzeć się sprawie bliżej, już nie jest tak wesoło. Ścieżek rowerowych wprawdzie dużo, ale większość jest w opłakanym stanie (dziury, wystające płytki, wysokie krawężniki). W dodatku lubią się urywać znienacka, by równie nieoczekiwanie znowu się pojawić (wystarczy się przejechać wzdłuż Budowlanych i Edukacji).
Inna sprawa to ludzie, którzy łażą jak krowy i nie bardzo do nich przemawia wymalowany na asfalcie rower czy niebieski znak z tymże. Niektórzy (zapewne fani piosenki 'Livin on the Edge') specjalizują się w chodzeniu po liniach. Najwięksi zaś hardkorowcy w najlepsze pchają po ścieżkach rowerowych wózki z dziećmi i uwielbiają grać z rowerzystami w tchórza (kiedyś podejmę wyzwanie...).
Mógłbym jeszcze napisać o debilach tłukących butelki i zostawiających wszędzie odłamki szkła, ale szkoda słów. Szkoda też marnować czasu na narzekanie na kierowców, którzy namiętnie parkują swoje fury na rowerowych ścieżkach (do nich przemówiłaby chyba tylko gustowna rysa na lakierze tudzież parusetzłotowy mandat).
Ale... i tak jeździ się bosko. Mimo wszystko. Póki ma się czym, rzecz jasna.
3 komentarze:
Jak wiadomo, głupich nie sieją...
A co do kierowców i rowerzystów to odwieczna walka, pojeździłbyś autem po Pszczynie:)Zresztą i w Tychach bywa ciekawie.
Czyli, że wreszcie dostałeś rower na komunię? :)
@Ginewra: kiedyś spróbuję :D
@Maciek: wreszcie!
Prześlij komentarz