Dwa tygodnie (i jakieś 1,5mln stron) później nastał poniedziałkowy wieczór. Wieczór bez perfuzji, wirtualnej kolonoskopii, a nawet bez wolumenów (tudzież objętości). Aż się łezka w oku kręci. Z tęsknoty za tematem zapodałem sobie podwójnego House’a. Z frytkami. Mniam!
W poprzednią sobotę na szczęście udało mi się wyrwać z kieratu i ruszyć na wyprawę (która w pełni zasłużyła na tę nazwę). Zaczęliśmy (to znaczy, silna ekipa w składzie: Magda, Teresa, Agata [która przyjechała aż z Warszawy], Rafał [ojciec organizator, chwała niech mu będzie po wsze czasy] i niżej podpisany) w Myszkowie, a skończyliśmy 44km dalej, w… Myszkowie. Jak to mówią, fortuna kołem się toczy. Przetestowaliśmy wszystkie lokalne szlaki (najbardziej podobał nam się ten rowerowy, który składał się głównie z kamieni i piachu po pachy), drogi od ekspresowych do niewidzialnych (czy wręcz podwodnych). Spotkaliśmy uczynnego pana na traktorze (tak, tak, po polach też się błąkaliśmy), który profesjonalnie nas wykierował i uratował nasze poobijane tyłki przed prawie nieuniknioną kapitulacją. Solidnie poparzyliśmy sobie skórę, wypiliśmy hektolitry napojów chłodzących i zjedliśmy wypasiony obiad (a w zasadzie obiadokolację). Było pięknie, powtórka w przyszłym miesiącu.
[Mirów. Jeszcze pełnia sił i entuzjazmu.]
[Zaczynają się schody. Albo, jak wolicie, polskie drogi]
[Buszujące w zbożu]
[Niezapomniany rów, czyli 4/18km do mety]
W czwartek GoTowaliśmy. I to na maksa. W ostatniej kolejce o mało nie polała się krew, kiedy to niektórzy chcieli się dopuścić haniebnego aktu kingmejkingu. Efekt jest taki, że teraz mamy mini dekalog i wiemy, na czym stoimy. Rozgrywkę wygrał (rzutem na taśmę i pozycją na beczkach) Kasztan. Następna partyjka zapowiada się wielce interesująco…
Wypadałoby jeszcze wspomnieć o piątkowym rozdaniu dyplomów w CST. Tutaj tradycji stało się zadość: świetne żarcie, świetne towarzystwo i dyskusje na każdy możliwy temat. Szkoda tylko, że całość skończyła się już parę minut po północy. Dla mnie droga powrotna była ciekawym przeżyciem – panowie drogowcy zamknęli jedyną znaną mi drogę przez Sosnowiec i musiałem zdać się na komendy wystrzeliwane w moim kierunku przez pannę z GPSa. Nie zawiodłem się, chociaż były momenty zwątpienia. Zwłaszcza, że najkrótsza droga do celu okazała się prowadzić przez Mysłowice…
[Po jasności]
[Ech, będzie tych piątków brakowało...]
A szeroki świat się kręci. Nasz pan były premier reklamuje sieci telefonii komórkowej (wszak jest ekspertem od nowych technologii… nawet konto ma w banku, ani chybił internetowe), nasz pan były prezydent anty-reklamuje koncert pewnej artystki estradowej (wszak muzykologiem jest wybitnym i jego wyrobione ucho nie zdzierży fałszów panny Ciccone). A były kandydat wystąpił i stwierdził, że znowu będzie kandydował. Szczęść Boże!

3 komentarze:
O, Marcinuz, więc ty jednak żyjesz! Bo już myślałam, że cię jakiś komputer wessał w swoje trzewia i pożarł. Ale jak żyjesz to dobrze. Szczęść Boże!
Alleluja i do przodu!
(komputer mnie wessał i wypluł. widać niesmaczny jestem jakiś :P)
A może wszyscy załóżmy sobie telefony w nowej sieci? Będziemy sie wtedy w bandzie czuć jak w rodzinie.
Prześlij komentarz