No i udało się. Przeżyliśmy (mam nadzieję w całości) kolejne święta. Teraz możemy się spokojnie cieszyć drugim tygodniem wolnego.
Jadłem, przyznaję się bez bicia. Częściowo tradycyjnie, bo była ryba (co prawda nie karp, tylko łosoś, ale ryba to ryba), sałatka jarzynowa, barszcz z uszkami. A częściowo nowocześnie - hipermarketowe różności w kolorowych opakowaniach i ciasto z kremem. Całość trzeba było zapijać dużą ilością herbaty miętowej, bo inaczej żołądek odmówiłby posłuszeństwa...
Na szczęście w moim domu kult tradycji jest raczej umiarkowany i nikt nie zmuszał mnie do śpiewania kolęd ani nie wykopywał na pasterkę. Mogłem w spokoju obejrzeć sobie parę odcinków The Big Bang Theory i poczytać Krew i złoto (cudowna rzeźnia, która powinna dać do myślenia wszystkim, którzy wybierają się na wesele, czy to swoje, czy to cudze :P). Czas płynął szybkooo, za szybko. Aż go trochę brakło na nicnierobienie. Cóż, może w przyszłym roku...
5 komentarzy:
Rozumiem, żeś objedzony (obżarty?), ale jakąś pizzę zmieścisz we wtorek?
Obżarty. Ale jakąś pizzę zmieszczę. Chociaż może nastawię się na samo dojadanie, bo ostatnio dziewczyny tak mnie dokarmiły, że się ledwo do domu dotoczyłem (a miałem blisko!).
Hm, na pewno z powodu pizzy się toczyłeś ledwo, ledwo...? :P
Z powodu innych rzeczy się toczyłem, a z powodu pizzy ledwo, ledwo :P
Tak właśnie myślałam :D
Prześlij komentarz