OLIMPIADĘ czas zakończyć. Najwyższy czas. Nie wiem, jak Wy, ale ja się zmęczyłem. Za dużo, za długo, bez sensu. Emocji w tym wszystkim było mało (nie licząc emocji niektórych komentatorów, którzy przed igrzyskami na gwałt uczyli się fachowej terminologii mało znanych dyscyplin). Nasi nie tak tragicznie, jak się na początku zapowiadało, ale i bez rewelacji. Klasyka. Miało być dobrze, a było jak zwykle.
Wczorajszy wieczór za to był powyżej przeciętnej. Silny, pięcioosobowy skład koledżowo-bestowy zebrał się standardowo, w Żywcu. Z ciekawszych tematów poruszonych podczas spotkania mogę wymienić: z czego robi się różne odmiany whisky (doszliśmy do wniosku, że żytnią z żyta, a resztę... z różnych takich); co to jest gluten; kto wygra wybory za wielką kałużą (Obama ze wskazaniem na McCaina); uzależniające gry komputerowe (polecam "fantastic contraptions" ze strony www.addictinggames.com). Tym razem nie zahaczyliśmy o lingwistykę stosowaną ani o teorię tłumaczenia. Cóż, nie co dzień jest niedziela.
Na angielskim froncie tym razem cieszą dwie rzeczy: drugie zwycięstwo czerwonych (chociaż wymęczone niemiłosiernie; złota noga Ger$rarda uratowała im skórę) i porażka Arsenalu (podobno zasłużona). Tak dobrze (punktowo) Liverpool dawno już nie zaczął. Aż boję się myśleć, co będzie dalej.
3 komentarze:
A w kwestii IO, to mi się najbardziej Szpakowski podobał kiedy wymawiał nazwiska brytyjskich sportowców.
Ech, ci nasi dziennikarze to zupełnie nową książkę do fonetyki mogliby napisać. Zawsze przypomina mi się, jak kiedyś w Teleexpressie w kosmos wysłali "spacesheep". :D
Oj, się czepiasz. Nie słyszałeś o owcach w kosmosie?
Prześlij komentarz