
Yes, yes, yes, że zacytuję byłego naszego premiera. Z Anglii wrócił właśnie mój młodszy (chociaż większy) brat. I przytaszczył (oprócz rewelacyjnych, kremowych snowballi, kubka z filmu Carry On England i superowego słownika medycznego) jedną z moich ulubionych płyt. Aż wstyd się przyznać, że dotąd nie miałem na CD-ku.
Rysunek powyżej mówi wszystko: Radiohead, OK Computer.
Oj, ale to był wstrząs jakieś 10 lat temu. A Wielka Brytfania, zamieniając się z wolna w Oasisland, potrzebowała takiego wstrząsu. Udało się chłopakom z Abingdon. 12 celnych trafień i nic nie było już takie samo.
Zaczyna się spokojnie, od Airbag. Powoli wjeżdżamy w pokręcony świat płyty. Potem, znienacka, uderzenie najmocniejsze. Prosto w szczękę. Leżymy i kwiczymy. 6 minut 20 sekund muzycznego orgazmu: Paranoid Android. Please could you stop the noise, I'm trying to get some rest from all the unborn chicken voices in my head... the yuppies networking, the panic, the vomit, the panic, the vomit, god loves his children, god loves his children yeah! Potem świetny Subterranean Homesick Alien przemyka się jakoś bokiem. Co nie dotyczy następnego w kolejce Exit Music. Oszczędnie, oszczędnie, aż wchodzi gitara, która mi osobiście przypomina No Quarter Led Zeppelin. Jak kopniak w głowę. I do tego słowa, które się kończą mocnym we hope that you choke, that you choke... Nie zmieściło się na ścieżkę Romea i Julii. Ciekawe...
I tak można by jeszcze długo... w końcu zostały jeszcze takie cuda jak Karma Police (this is what you get when you mess with us!), No Surprises, Lucky, The Tourist... Jazda obowiązkowa.
Coming soon: dziesiątka płyt lat dziewięćdziesiątych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz