wtorek, 27 stycznia 2009

That '90s Show...down

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie lata 90 to było wielkie odrodzenie muzyki. A już na pewno najlepszy w niej okres od przełomu lat 60 i 70. Przejrzałem ostatnio moją kolekcję płyt i postanowiłem ułożyć coś w rodzaju subiektywnego top 10 (tyle że bez przyznawania konkretnych miejsc; to już byłoby zbyt trudne). I wyszło coś takiego (na pewno o czymś genialnym zapomniałem... więc zgłaszajcie swoje uwagi):

[kolejność przypadkowa]

Radiohead, OK Computer (1997). [Patrz poprzedni post.]

Metallica, Metallica (1991). Ha! Czarny Album to było coś. Połowa fanów się na nich obraziła, ale w zamian nich pojawiły się legiony nowych. Mi ta przemiana się podobała; skrócenie i lekkie uproszczenie numerów sprawiło, że jakoś lepiej się tego słucha niż powiedzmy And Justice For All (co nie znaczy, że ...Justice jest słabą płytą). Po prostu... hm... Czarny Album ma większą miodność. Jest mięcho, ale nie brak i melodii. I do tego takie klasyki jak Enter Sandman czy Sad But True.

Nirvana, Nevermind (1991). Od tego (i od Ten Pearl Jamu) wszystko się zaczęło. Wiadomo: Smells Like Teen Spirit. Flanelowe koszule i martensy. Prawdziwa muzyka z nerwem zamiast pudel metalu i plastik popu. Prosto, ostro i do przodu. Ulubiony numer: Breed (we can build a house, we can build a tree, I don't even care, we don't have to breed, she said...)

AC/DC, The Razor's Edge (1990). Na tej płycie mógłby być tylko jeden kawałek - Thunderstruck i już byłoby dobrze. A jest dużo więcej. Po kilku takich sobie płytach Pioruny wróciły w mistrzowskiej formie. Można słuchać do upadłego. Nie ma lepszego soundtracku do sprawdzania testów. Całe podkurwienie na błędy i wypaczenia uczniów od razu mija.

Bjork, Homogenic (1997). Jak do jeża podchodziłem do tej małej Islandki. Aż zobaczyłem wideo do Hunter. Nie dość, że obrazek ładny, to jeszcze piosenka totalnie mnie zahipnotyzowała. I podobnie stało się z resztą. Bjork można uwielbiać albo nienawidzieć. Ja ją uwielbiam. Podobnie zresztą jak...

Tori Amos, From The Choirgirl Hotel (1998). Spark było premierą tygodnia w Trójce. No i tak wlazło w ucho, że nie wylazło do dzisiaj. Całość jest według mnie najlepszą płytą Tori; wyszła poza skromne, fortepianowo-gitarowe aranże, unowocześniła brzmienie i napisała 12 kapitalnych kawałków. A do teg jedyny w swoim rodzaju głos i niebanalne teksty.

Massive Attack, Mezzanine (1998). Podobno nagrali kilka dobrych płyt już wcześniej. Ale ta to przebłysk geniuszu. Choćby otwierający album Angel (który można usłyszeć w kilku filmach, w tym w moim ulubionym Przekręcie) albo Teardrop (teraz znany szerzej jako melodyjka z czołówki House'a). Kolesie zaprosili świetnych gości, między innymi Elizabeth Fraser, która przeszła samą siebie. Płyta niby trip hopowa, ale gitary lubią sobie poszaleć.

Portishead, Dummy (1994). Też trip hop. Ale jaki! Beth Gibbons śpiewa, jakby jej cała rodzina umierała na raka, a jej właśnie ktoś wbił szpikulec w lewą nerkę. Please could you stay awhile to share my grief for its such a lovely day to have to always feel this way. And the time that I will suffer less is when I never have to wake... takie pogodne teksty padają co i rusz. Ale nie da się tej płyty tak po prostu wyłączyć. Aż do ostatnich dźwięków Glory Box.

Pearl Jam, No Code (1996). Kompletne zaskoczenie. Mozaika dźwięków z różnych parafii, od punku do country przez wschodnie rytmy i zaśpiewy gospel. Trochę bluesa, psychodelii i klasycznego rocka. Ciężko zebrać myśli po pierwszym przesłuchaniu. Niby nie jest to taki klasyk jak Ten czy Vs., ale wolę wracać do No Code, niż do nich. Może dlatego, że nieźle się swego czasu za tą płytą nabiegałem... i, kupując ostatnią sztukę, zepsułem dzień kolesiom w sklepie, którzy zabierali się za jej przesłuchiwanie.

Soundgarden, Superunknown (1994). Zaopatrzyłem się w tę płytę podczas wycieczki do Krakowa (w Tychach nie mogłem dostać). Koledzy i koleżanki rozproszyli się po knajpach, a ja ruszyłem na podbój Music Cornera. Z efektem pozytywnym. Na płycie świetnie jest od pierwszych dźwięków. Riff Let Me Drown wciąga i nie puszcza. A jeszcze są przecież The Day I Tried To Live, Fell On Black Days, Spoonman, Like Suicide... nie mówiąc już o nieśmiertelnym Black Hole Sun.

Hmmmmmm, zabrakło miejsca dla ładnych paru rzeczy... Co byście dorzucili?

4 komentarze:

Brittabella pisze...

Ja dorzucam od siebie jeszcze Red Hot Chili Peppers, Jane's Addiction oraz mój najukochańszy Faith No More.
Dodałabym jeszcze z 50 innych płyt pewnie, ale mój komentarz byłby dłuższy od Twojego posta. Nie chcę siary robić :P i zamilknę.

marcinuz pisze...

E, tam, to jest najlepsze miejsce, żeby robić siarę :D

Maciek pisze...

Ja, ignorant z wykształcenia, większość wymienionych płyt znam jedynie pobieżnie. Ale czwarta pozycja mi się podoba. I jest tam nawet mój ulubiony utwór wszechczasów. Ale i tak z AC piorun DC wybrałbym prędzej płyty 'For Those About to Rock', 'Highway to Hell' czy 'Back in Black.

marcinuz pisze...

Rzeczywiście te klasyki pewnie lepsze... ale nie nagrali ich w latach 90tych...