poniedziałek, 7 lipca 2008

Kuncert


Chyba każdy przeżył coś, co może nazwać koncertem życia. Jak skan resztki biletu znajdujący się na lewo od tego tekstu sugeruje, moim był występ Pearl Jam w katowickim Spodku 15/06/2000.

Dzień był trochę jak dzisiaj, w nocy szalała burza, rano trochę popadywało. Nic to, koncert był pod dachem, ryzyko odwołania nie istniało. Do Katowic dojechałem (w asyście nieco kulawego wtedy brata) popołudniem, ale i tak okazało się, że niezwykle sprawna ochrona koncertu nie zdołała nas wpuścić na czas, żeby obejrzeć support. Nic to, najważniejsza jest gwiazda wieczoru...

Około 21 zgasły światła, publika w jednej sekundzie oszalała, a z głośników dobiegły pierwsze takty Long Road. Spokojniutka ballada, ale tłum tak zaczął falować, że parę osób w połowie piosenki zaliczyło glebę, w tym również wasz ukochany narrator. Muszę przyznać, że przez moment myślałem, że będzie po wszystkim. Nie było jak oddychać, ludzie wpadali na siebie i robiło się niewesoło. Na szczęście za moment poszedł szybki Breakerfall, ludzie zaczęli skakać i udało nam się podnieść (parę dni później przyszła smutna wiadomość z Roskilde--9 osób zginęło podczas koncertu PJ stratowanych przez tłum; do dzisiaj przechodzą mnie ciarki, kiedy o tym pomyślę). Wycofałem się na bezpieczną odległość, skąd zresztą łatwiej było słuchać muzyki i wychwytywać różne smaczki. Jak odwrócona perka w Nothing As It Seems czy rozciągnięte zakończenie Present Tense. Koncert nabierał tempa, klasyk leciał za klasykiem. Postanowiłem znowu ruszyć pod scenę.

I było to łatwiejsze, niż przypuszczałem. Naprawdę, dużo łatwiej przepychać się, kiedy ludzie dookoła tańczą, podrygują i podskakują. Znalazłem się parę metrów od barierki i widziałem praktycznie wszystko. A oni pędzili dalej: Not For You, Betterman, Nothingman, Even Flow, Rearviewmirror z przedłużonym noise jamem i niesamowitą codą... i koniec. To znaczy, koniec części zasadniczej, bo chłopaki uzupełnili płyny, dogadali program dalszej części i wrócili na scenę. Na dodatek układ bisów wyglądał jak koncert życzeń: Do The Evolution, Go, Footsteps, Wishlist, Small Town, Alive, Rockin' In The Free World zagrane z taką werwą, jakby dopiero zaczynali... Na koniec jeszcze mała demolka sprzętu w stylu The Who (w końcu Ed jest wielkim fanem) i światła. Ponad dwie godziny minęły jak łyk piwa.

A potem zaczęły się przygody, bo na przystanek dotarliśmy równo o 23:30, a ostatni autobus odjechał o 23:20 (brawa dla MZK, że pomyśleli o ewentualnych uczestnikach koncertu), więc trzeba było lecieć na dworzec. Udało nam się złapać coś na Tychy po 1; ale z dworca (a na osiedle P jest to parę kilosów) drałowaliśmy na piechotę przez miasto duchów (przyuważyliśmy radiowóz robiący kółeczka dookoła komisariatu; lepsze to, niż się zapuszczać po nocy na jakieś niebezpieczne osiedla, nie?). Koniec całej imprezy około godziny 4 rano...

...a za trzy godziny pobudka, bo o 10 egzamin z przedmiotu o dumnej nazwie Studia Prospektywne i Analiza Strategiczna. Szybka kawa, garnitur i autobus z powrotem do Katowic. Przed samym examem jeszcze plusz active pod język i jakoś dotrwałem do końca (i to z efektem pozytywnym--trója w indeksie jak byk :D). Tylko pomiędzy kolejnymi pytaniami nie mogłem przestać nucić... I wish I was a neutron bomb, for once I could go off, I wish I was a full moon shining off your Camaro's hood, I wish, I wish, I wish, this wishlist never stops...

5 komentarzy:

Maciek pisze...

Wybacz, że nie podzielę Twych fascynacji muzyką PJ, bo tejże po prostu nie znam zbyt dobrze. Ale sam tekst napisałeś tak, że się niemal poczułem jakbym tam był. Respekcio!

marcinuz pisze...

Fenks, mejt. Aż sam się zdziwiłem, jak to wszystko pamiętam po 8 latach...

Brittabella pisze...

A ja najfajowszy na świecie koncert przeżyłam też w Spodku i to było Faith No More w lipcu 1997 roku. Mike Patton, ech.... Szkoda, że taki niski :D

Maciek pisze...

O ty, w ząbek czesany! Widzę, że wstawiłeś do swojego plejerka 'Thunderstruck' AC/DC. Respekcik i piwo przy najbliższym spotkaniu!

marcinuz pisze...

Ano, wstawiłem. Wiesz, jakie to wrażenie robiło gdzieś w '91, kiedym to słuchali z pirackich kaset na magnetofonach typu Kasprzak? Highway to Hell nagrałem sobie dopiero później...
...piwo skonsumuję z miłą chęcią, fenkju wery macz :D