Są płyty i są Płyty. Nie dlatego, że same w sobie są jakieś wybitne i wystrzeliwują słuchacza wprost na księżyc (choć są i takie, i śmiem twierdzić, że moja pod tę kategorię podchodzi). Nie. Chodzi o to, że dla konkretnego słuchacza są ważne. Zwykle taka ważność przytrafia się gdzieś na początku liceum. Wiadomo, hormony, kobiety i załamania nerwowe wieku dojrzewania. I muzyka, która stanowi tło dla tego wszystkiego. Tło ważne, bo nikt tak nie przeżywa muzyki jak nastolatek.
Przeżywałem i ja.
W grudniu 1994 roku wypatrzyłem w nieistniejącym już sklepie muzycznym skromnie wydaną (na zewnątrz) kasetę, która opatrzona była jednym jedynym wyrazem: Vitalogy (tytuł jest dość ironiczny, zważywszy, że głównym tematem tekstów jest śmierć). Obok, na etykietce z ceną sprzedawca dopisał długopisem: Pearl Jam. I wszystko jasne. Z miejsca wysupłałem te 90 tysięcy (bogaci byliśmy wtedy, drogie dzieci, operowaliśmy milionami) i poleciałem do domu. Na rozklekotanym radiomagnetofonie typu jamnik odtworzyłem, poleciałem na księżyc. Bo tak:
Zaczyna się od jakichś free jazzowych pobrzdękiwań, po czym wyłania się mocny, punkowy rytm. I za nim ostra, punkowa gitara (mocno na mid, mniej na basie, dla tych, którzy bawili się kiedyś gitarowym wzmacniaczem). I głos Veddera, który się drze, jakby przez przypadek założył buty dwa rozmiary za małe. "Let my spirit pass" wywrzeszczane tak, że po plecach przechodzą ciarki kończy ten "Last Exit". Ale nie dają nam wytchnienia, bo zaraz jest jeszcze ostrzejsze "Spin the Black Circle", oda do płyt winylowych (chociaż krąży po świecie tłumaczenie, w którym autor dopatrzył się aluzji do dragów--i cały sens piosenki w tym tłumaczeniu poszedł się uprawiać stosunek seksualny). Potem jakby oddech, rozpędzające się powoli "Not For You", z nieśmiertelnym "All that's sacred, comes from youth, dedications, naive and true". Jedziemy dalej, bo szpulki kasety się kręcą, a zespół nie zwalnia. "Tremor Christ" to jeden z moich ulubionych kawałków na Vitalogy. Prosty rytm i jeżdżąca po kanałach gitara McCready'ego, niby nic, ale "the smallest oceans still get big, big waves". I głos Veddera, który przechodzi od szeptu do krzyku i z powrotem. Mały efekt specjalny i mamy chyba najpopularniejszy numer z tej płyty: "Nothingman", ballada o trudnej do zapomnienia melodii. Po tej chwili wytchnienia powrót do rytmów punkrockowych: "Whipping", który stanowi odpowiedź Veddera na zamach bombowy pod kliniką aborcyjną w Stanach (taka bomba pro-life). A potem... potem zaczynamy się przekonywać, że to nie jest zwyczajna płyta zwyczajnego zespołu. "Pry, to" to krótki, paranoiczny numer składający się głównie ze skandowanego hasła "P-R-I-V-A-C-Y is priceless to me". Tak kończy się na kasecie strona A.
Strona B uderza bez zbędnych wstępów: "Corduroy", mocny i ekspresyjny, z osobistym tekstem o człowieku, który z dnia na dzień zrobił się sławny. Gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki sztruksu, wpadamy do drugiego dołka, wykopanego dla nas przez zespół. "Bugs" to melodeklamacja z maniackim, atonalnym motywem granym przez Veddera na akordeonie. Nie do końca coś, czego można się spodziewać na rockowym albumie... Następna piosenka jest bardziej przewidywalna: "Satan's Bed", z bardzo poważną deklaracją "I'll never suck... Santa's dick". Później przychodzi pora na drugiego "mana" i drugi hicior: "Better Man". I kolejny dziwny fragment: "Aye Davanita", muzyczna mantra z cygańsko-hiszpańskimi motywami, która jest świetnym wprowadzeniem do najważniejszej piosenki na albumie: "Immortality", zmyślnie zaaranżowanej ballady, która mogłaby się wcale nie kończyć... Vitalogy wieńczy najdziwniejszy jej fragment, 7,5 minuty sprzężeń, kakofonicznych solówek i poszatkowanych kawałków rozmowy z niedoszłą samobójczynią. "Hey Foxymophandlemama, That's Me" brzmi tytuł utworu, który wymaga od słuchacza sporej cierpliwości.
Na koniec dwa słowa o oprawie graficznej. W kasecie to po prostu książeczka schowana w pudełku; wydanie płytowe to imitacja opakowania płyty winylowej. Albo, jak to widzą niektórzy, książeczka z dołączoną płytą. W książeczce oprócz tekstów znajdują się fragmenty książki o ludzkim zdrowiu wydanej w XIX w. Polecam część opisującą niepożądane efekty "self-pollution". Bezcenne.

4 komentarze:
I Ty mi mówisz, że ja mam być w dziale marketingu? A sam też niczego sobie recenzyje trzaskasz. Czytam sobie i już słuchać nie muszę, bo zdaje mi się, że znam całą płytę. A nie znam.
Hehe, no to źle, bo w marketingu powinno być tak, że nie wydaje ci się, że znasz, ale że chciałbyś poznać. A tak, całą robotę odwaliłem za Ciebie, a Ty nawet właśnie słuchać nie musisz :D
(niby zaliczyłem ten marketing na studiach, ale widać talentu nie mam :D)
A ja wczoraj robiłam porządki generalne i ze zdumieniem odkryłam ile mam super płyt, o których kompletnie zapomniałam, hehe, dobrze jest czasem posprzątać, o czym donoszę ja :)
jej, to może i ja zabiorę się za sprzątanie?
...nieeeeeeeee :D
Prześlij komentarz